Mocne! Snajperzy GROM. Żaden z nich nie powie tego nawet najbliższym…”To nie jest powód do dumy…”

Snajperzy GROM-u to trzymana w najściślejszej tajemnicy, najmniej liczna i chyba najbardziej elitarna grupa w polskim wojsku – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Tomasz Marzec, autor książki “Tajne akcje snajperów GROM”. Po raz pierwszy snajperzy najlepszej polskiej jednostki specjalnej zgodzili się rzucić więcej światła na kulisy swej ciężkiej i niebezpiecznej służby.
 WP: Tomasz Bednarzak: Skąd pomysł na napisanie książki o snajperach GROM? Sam przyznawałeś, że wcześniej tematyką wojskową w ogóle się nie zajmowałeś.

Tomasz Marzec: – To był pomysł jednego z byłych snajperów. Wydawca rozmawiał z nim niedługo po ukazaniu się głośnej książki Chrisa Kyle’a “Cel snajpera”. Amerykanin wspominał w niej o żołnierzach GROM-u ale głównie w kontekście wspólnego picia Żubrówki. To ich – delikatnie mówiąc – denerwowało, bo nie chcieli być zapamiętani jako ubodzy krewni amerykańskich komandosów, jedynie statystujący w czasie ważnych akcji. A po lekturze krótkich wzmianek na ich temat można było odnieść takie wrażenie. Między innymi dlatego chcieli opowiedzieć jaką rolę naprawdę GROM odgrywał w ważnych operacjach prowadzonych na przykład w Iraku. Poza tym o zachodnich jednostkach można znaleźć w księgarniach sporo przystępnych książek, często napisanych w sensacyjny sposób. Natomiast o naszym GROM-ie, mimo że mamy się czym chwalić, nic takiego nie ma. Jeżeli już są jakieś pozycje, to zazwyczaj są to publikacje mocno specjalistyczne, pisane przez dziennikarzy branżowych przede wszystkim dla żołnierzy i ludzi ze środowiska. Ciężko jest więc przez nie przebrnąć, jeżeli nie ma się fachowej wiedzy i nie jest się tym zainteresowanym.

Stąd pomysł, żeby wreszcie napisać coś, co będzie przystępne dla szerszej grupy odbiorców i spopularyzuje wiedzę o GROM-ie. Zresztą, kiedy usłyszałem propozycję napisania tej książki szczerze powiedziałem wydawcy, że takimi tematami się nigdy nie zajmowałem i się na tym wystarczająco dobrze nie znam. Odpowiedział tylko: “Ale potrafisz rozmawiać z ludźmi i o to nam chodzi”.

WP: Żołnierze GROM to w ogromnej mierze środowisko bardzo hermetyczne. Jak udało Ci się do nich dotrzeć i, co ważniejsze, namówić do podzielenia się swoimi historiami?

– Najpierw poznałem wspomnianego byłego snajpera, który był w dużej mierze pomysłodawcą książki. Po kilku rozmowach, kiedy – jak mi się wydaje – nabrał do mnie zaufania, zaczął namawiać kolejnych kolegów. W sumie nakłonił jeszcze pięciu snajperów, żeby się ze mną spotkali. I tak spotykaliśmy się i rozmawialiśmy przez prawie rok.

WP: Wiadomo, że nie o wszystkim, co usłyszałeś, mogłeś napisać w książce. Jak wiele wątków musiałeś ostatecznie przemilczeć?

– Kilka takich wątków było i wstępnie zauważył to nawet były dowódca jednostki płk Dariusz Zawadka. Było kilka stron, które musieliśmy wyrzucić, ale też sporo było takich rzeczy, które na koniec należało przeredagować i ująć w bardziej dyplomatyczny sposób. Pisząc za dużo o takich jednostkach i ich akcjach, można narazić na niebezpieczeństwo tych, którzy dalej podobne akcje wykonują. Jeżeli zdradzi się pewne szczegóły, to może to być informacja dla potencjalnego wroga. Chodziło więc o to, by opisać gdzie byli i co robili, ale w taki sposób żeby nie było to przydatne dla tych, którzy kiedyś jeszcze staną oko w oko z GROM-em. Moi rozmówcy bardzo skrupulatnie tego pilnowali, a mają duże doświadczenie nie tylko w prowadzeniu operacji bojowych, ale i chronieniu ważnych informacji.

WP: Ta skrytość ma więc swoje uzasadnienie.

– To nie jest tak, że GROM-owcy nie chcą o czymś mówić, bo taki mają kaprys. Nie robią tego ponieważ mają trochę zdrowego rozsądku i wiedzą, że nie o wszystkim można opowiedzieć. Także dlatego, że uczestniczyli w takich akcjach i robili takie rzeczy, że mogą się obawiać – choć nie wiem, na ile jest to uzasadnione – o bezpieczeństwo swoje i swoich rodzin. Wiadomo, jaki dzisiaj jest świat, bez problemu można przyjechać do Polski właściwie skąd się chce… Dlatego też niektórzy bohaterowie wyjątkowo dbali o to, żeby czytając tę książkę jak najtrudniej można było ich zidentyfikować i dowiedzieć się, kim są.

WP: Czytając książkę odnosi się wrażenie, że snajperzy GROM-u zwłaszcza o szczegółach akcji bojowych opowiadają bardzo niechętnie. Ich zdaniem nie ma się czym chwalić.

– Tak, ja jako człowiek spoza tego środowiska musiałem dużo czasu poświęcić na przygotowanie się do tych rozmów. Czytałem to, co jest dostępne. Kiedy zaczynaliśmy, akurat była premiera wspomnianego “Celu snajpera” Chrisa Kyle’a. Jeśli weźmiesz taką książkę, to ona jest zupełnie inaczej napisana. Tam nie brakuje szczegółów, zresztą “Cel snajpera” zaczyna się od takiego opisu oczekiwania na ofiarę i rozterek, czy strzelać, czy nie, bo to kobieta z dzieckiem itd. To bardzo trzyma w napięciu i jest mocno sensacyjne. Tak wygląda wiele książek o jednostkach specjalnych.

Żaden z nich się oficjalnie nie przyznaje do tego, że kogoś zabił, nawet jeśli musiał coś takiego zrobić, to nigdy o tym nie powie. Ani kolegom, ani najbliższym.

WP: Chrisa Kyle’a kilka razy cytujesz w książce. W przeciwieństwie do Polaków nie miał żadnych oporów przed zdradzaniem sekretów swojego fachu. Wręcz przeciwnie, był bardzo wylewny.

– Ale trzeba też pamiętać jak skończył Chris Kyle. I to również jest rodzaj przestrogi. Dzisiaj nietrudno jest trafić na szaleńca, który będzie chciał być lepszy od ciebie. Tak jak było w przypadku Kyle’a, znalazł się jakiś niezrównoważony człowiek, który w końcu do niego strzelił.

Nasi żołnierze, w przeciwieństwie do kolegów w Navy SEALs bardzo niechętnie poruszają temat, który każdemu kojarzy się ze słowem “snajper”. Jeden zresztą powiedział mi wprost, że o takie rzeczy się nie pyta i koniec. Zapytać jednak w pewnym momencie musiałem. I jeżeli już między wierszami coś mogłem na ten temat wyczytać, to sens tego można streścić tak: “To jest moje zadanie, musiałem, zrobiłem, i tyle. Po co o tym gadać? To nie jest powód do dumy”. To są rzeczy, które powinny pozostać i pozostaną w ich sumieniach i sercach.

WP: Bezsprzecznie GROM to elita polskiej armii. Czy uzasadnione jest zatem stwierdzenie, że snajperzy to jeszcze wyższy poziom, taka elita elit?

– Tak, jestem o tym przekonany. Oczywiście nikt nie mówi tego wprost, żeby nikogo nie urazić, ale odniosłem wrażenie, że i wśród nich panuje takie przekonanie. Ma ono podstawy, bo przecież najpierw jest selekcja do GROM-u i przejście szkolenia podstawowego – wtedy możesz zostać szturmowcem w zespołach bojowych. A dopiero spośród nich wybiera się najlepszych i takich, którzy mają predyspozycje do tego, aby być snajperami. Znaczące jest też, że każdy ze snajperów jest przygotowany do tego, by wziąć udział w akcji jako szturmowiec i bardzo często to robili, kiedy była taka potrzeba. Natomiast nie każdy szturmowiec może być snajperem… Snajperzy GROM-u to trzymana w najściślejszej tajemnicy, najmniej liczna i chyba najbardziej elitarna grupa w polskim wojsku.

WP: Prawdziwa praca snajpera znacznie odbiega od wyobrażeń kreowanych przez filmy czy gry komputerowe.

– Oni wielokrotnie to podkreślali. To nie jest tak, że sobie leżysz, serce ci coraz mocniej bije, pojawia się cel, a ty rozmyślasz, czy strzelić czy nie. Praca snajpera to tak naprawdę niejednokrotnie dziesiątki godzin leżenia w jednym miejscu. To żmudna i bardzo ciężka praca, a nie tak jak w grze bieganie po polu walki i strzelanie się.

Poza tym te najwyżej oceniane i najbardziej perfekcyjnie przeprowadzone akcje to takie, w czasie których nie musieli strzelać. Wszystko się działo tak szybko, że nikt nie musiał otwierać ognia, bo udawało się unieszkodliwić przeciwnika przez zaskoczenie. Tak na przykład było z zatrzymaniem serbskiego zbrodniarza wojennego Slavko Dokmanovicia we Wschodniej Slawonii, kiedy o GROM-ie po raz pierwszy zrobiło się głośno. Tam nie musieli ani do nikogo strzelać, ani nikogo zabić

WP: Snajperzy, z którymi rozmawiałeś, powtarzali to bardzo często – że ich najgroźniejszą bronią jest szybkość i zaskoczenie. Można nawet odnieść wrażenie, że więcej było akcji, które zakończyły się sukcesem bez oddania jednego strzału niż takich, w których musieli otworzyć ogień.

– I o to chodzi. Oni to ciągle podkreślają, że im szybciej uda się coś zrobić, im większe jest zaskoczenie, tym lepiej. Zresztą wiadomo, że kiedy już dochodzi do – nazwijmy to potocznie – strzelaniny, to narażasz też siebie. Więc im również zależy na tym, żeby wykonać zadanie tak, by nikomu z nich nic się nie stało. To jest jeden z priorytetów. Niemniej zawsze ileś wariantów akcji jest opracowanych, ale podstawowy i najchętniej realizowany jest taki, w którym strzelać nie trzeba.

WP: GROM działał m.in. w byłej Jugosławii, Iraku, Afganistanie. Która z przeprowadzonych przez nich akcji wywarła na tobie szczególne wrażenie?

– Nie da się ukryć, że Irak i Afganistan to były najtrudniejsze zadania. Co prawda latali wcześniej za granicę, ale trudno porównywać to, co robili na Haiti, do np. Afganistanu. To był inny świat, bo co innego misja pokojowa, a co innego wojna. A o Iraku i Afganistanie żołnierze GROM-u mówią tylko “wojna”. Nie znoszą, jak się mówi oficjalnym, politycznym językiem, że to były “misje stabilizacyjne”. Najcięższą i najbardziej ekstremalną misją był na pewno Afganistan. Irak też był bardzo trudny i tam przeprowadzili najgłośniejszą akcję, czyli zajęcie platformy naftowej w Umm Kasr. Ale GROM-owcy przyznają, że wtedy przynajmniej było wiadomo, z kim się walczy. A w Afganistanie nie dość, że warunki były trudniejsze, to jeszcze nie do końca wiadomo było, kto tutaj jest przeciwnikiem. W Iraku naprzeciwko była regularna armia Saddama Husajna, natomiast w Afganistanie nikt nie ma wypisane na czole, że jest talibem czy rebeliantem, bo wszyscy wyglądają jednakowo i często nawet nie wiesz, skąd do ciebie strzelają. Do
tego tam nierzadko GROM-owcy mieli przeciwko sobie najemników z różnych stron świata, ludzi zaprawionych w bojach. Raz, między wierszami przyznali, że to właśnie w Afganistanie ich życie było zagrożone najczęściej.

(fot. The Facto)

WP: Czuć wyraźnie, że nad książką unosi się duch śp. gen. Sławomira Petelickiego. Choć nie on jest jej bohaterem, jego osoba cały czas pojawia się na jej kartach. Poświęciłeś mu nawet osobny rozdział.

– Bez niego tej jednostki prawdopodobnie by nie było. To co zrobił, ile potrafił pokonać przeszkód, to rzeczywiście budzi szacunek. Nie dość, że potrafił GROM stworzyć, w czasach, w których w wojsku nie było praktycznie niczego, zapewnić mu najnowocześniejszy sprzęt, to jeszcze przez lata potrafił jednostkę chronić przed politycznymi zawirowaniami. A przypomnijmy – byli i tacy decydenci, którzy chcieli JW 2305 zlikwidować… Żołnierze GROM-u podkreślają zasługi Generała na każdym kroku i do dzisiaj traktują go jako “Ojca” i “Szefa”. Trudno sobie wyobrazić tę jednostkę bez takiego człowieka, jak gen. Petelicki.

WP: Co było najtrudniejsze przy pisaniu tej książki?

– Trudne było merytoryczne przygotowanie się do rozmów. To, że nie jestem z tego środowiska i nie zajmowałem się wcześniej wojskowością nie znaczyło, że mogłem pójść na te rozmowy nieprzygotowany. Poza tym każdy wie, jaka pierwsza myśl przychodzi do głowy, gdy słyszysz hasło “snajper” – kto to jest i czym się zajmuje. I myślę, że takie najtrudniejsze momenty były właśnie wtedy, kiedy wiedziałem, że muszę zapytać – mówiąc wprost – o zabijanie ludzi. Było kilka chwil, w których o tym rozmawialiśmy i w książce starałem się oddać towarzyszące im emocje. To jak różnie reagowali na takie pytania i jak bardzo to są dla nich osobiste sprawy. Z jednej strony, trudno było tych pytań nie zadać, bo dziwnie by to wyglądało, gdyby ktoś wziął do ręki książkę o snajperach i nie byłoby w niej o tym ani słowa. Z drugiej strony, tak po ludzku, nie jest łatwo pytać o takie rzeczy.

WP: Zamierzasz dalej brnąć w wojskową tematykę? Swoich snajperów, choć nie z taką historią i doświadczeniem, mają też inne polskie jednostki specjalne, jak Lubliniec czy Formoza. Może w przyszłości to byłby temat na kolejną książkę?

– Być może, ale mówiąc między nami myślę, że bohaterowie tej książki by się obrazili, gdyby stawiać znak równości między nimi a Lublińcem lub jakąkolwiek inną polską jednostką (śmiech). Mogę chyba zdradzić, że w czasie ostatnich poprawek jeden z bohaterów we fragmencie o przyjeździe Lublińca i Formozy do Afganistanu kazał dopisać, że przyjechali oni tam “na naukę”. Jak argumentował, trzeba było to podkreślić, żeby wszyscy wiedzieli, że to nie było tak, że oni przyjechali pracować na takich samych zasadach jak GROM, tylko przyjechali się od nich uczyć. To też oddaje panujące wśród nich poczucie, zresztą słuszne, że są jednostką wyjątkową i najlepiej wyszkoloną. Nie mówią tego wprost, mówią to dyplomatycznie i grzecznie, ale dają do zrozumienia, że oni są jednak trochę ponad.

Rozmawiał Tomasz Bednarzak, Wirtualna Polska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

UDOSTĘPNIEŃ
loading...
" >